Samobójstwo na strychu.

Samobójstwo na strychu.

Fragment artykułu z Gazety Gnieźnieńskiej ” Lech” Nr.67 z dn. 22. 03. 1933 roku.

Zdarzenie najprawdopodobniej miało miejsce 19 Marca 1933 roku.

Wypadek samobójstwa zdarzył się ubiegłej niedzieli w Mielżynie w pow. Gnieźnieńskim w zakładzie S.S. Dominikanek, gdzie powiesił się na strychu domu dla służby robotnik Albin Frąckowiak, pochodzący z Głożyny pod Witkowem. Denat był zatrudniony w Zakładzie niespełna miesiąc i ostatnie dwa dni leżał chory na grypę. W niedzielę czuł się lepiej. Rano krytycznego dnia przed godziną 9-tą jedna z sióstr odwiedziła go jeszcze w jego pokoju i przekonawszy się osobiście, że choremu jest znacznie lepiej, podążyła do kościoła równocześnie z 3 innymi robotnikami zakładu. Po powrocie z kościoła jeden z robotników, wszedłszy do pokoju denata, zauważył łóżko opróżnione i tknięty złym przeczuciem zawiadomił o tym Siostrę przełożoną. Zaczęto wołać i szukać. Dopiero po wejściu na strych poszukującym przedstawił się okropny widok. Na strychu, gdzie zwykle rozwiesza się bieliznę celem wysuszenia wisiał denat zmieniony nie do poznania. Rzucono się na ratunek lecz było już za późno, bo denat był już zimny. W godzinę po wypadku znalazł się na miejscu komendant P.P. z Witkowa p. Głowiński i post. Witczak, którzy przeprowadzili wstępne badania i zabezpieczyli zwłoki aż do przybycia komisji sądowo-lekarskiej. Co nasunęło desperatowi myśl o samobójstwie, trudno na razie orzec. Może śledztwo policyjne uchyli rąbek tajemnicy tej tragedii. Bo że w duszy denata rozegrał się jakiś dramat, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Zmarły liczył dopiero lat 18 i siostry w zakładzie wystawiają mu bardzo dobre świadectwo ,, Dobry i pilny robotnik, niezwykle sumienny w wykonywaniu swych obowiązków, cichy i posłuszny, stale zamyślony, pobożny aż do przesady, tak go charakteryzuje Siostra przełożona. O ewentualnych pobudkach do samobójstwa nie może nic powiedzieć. Tragicznie zmarły był synem 40-morgowego gospodarza Frąckowiaka z Głożyny. Dochody z 40-morgowego gospodarstwa nie mogły wystarczyć i dlatego niektórzy członkowie rodziny zmuszeni byli zarabiać. W Mielżynie wypadek ten wywołał zrozumiałe poruszenie i do samego wieczora zbierały się na ulicach grupki ludzi, komentując go w różny sposób.